Dwanaście lat wcześniej Szwedzi zagłosowali w referendum w tej sprawie. Osiemdziesiąt trzy procent opowiedziało się za pozostaniem po lewej. Nie chcieli tej zmiany.
Riksdag podjął decyzję mimo to — 10 maja 1963 roku. I zamiast wyznaczyć datę i liczyć na najlepsze, dał sobie cztery lata. Cztery lata na coś, co miało się wydarzyć w pięć minut.
Te cztery lata jechały dwoma torami naraz.
Pierwszy tor był z betonu i blachy. Około trzystu pięćdziesięciu tysięcy znaków drogowych do zdjęcia albo wymiany, z czego dwadzieścia tysięcy w samym Sztokholmie. Przebudowa skrzyżowań, na których lewoskręt nagle stawał się prawoskrętem. Autobusy, które miały drzwi po niewłaściwej stronie — do przerobienia albo do wymiany. Sygnalizacja. Przystanki. Wszystko, co fizyczne.
Drugi tor był z ludzkich nawyków. Kampania informacyjna, która weszła wszędzie: telewizja, radio, konkurs na piosenkę o zmianie, logo na kartonach mleka i na bieliźnie. Nie dlatego, że ktoś w Sztokholmie miał poczucie humoru. Dlatego, że odruch skręcania w lewo siedzi w kierowcy głębiej niż jakikolwiek przepis, a odruchu nie zmienia się okólnikiem.
Żaden z tych torów sam by nie wystarczył. Idealne znaki przy kierowcach z odruchem z zeszłego tygodnia to masakra. Świetnie poinformowani kierowcy na skrzyżowaniach zaprojektowanych odwrotnie — dokładnie to samo.